Wybrańcy losu? Dziecięce piekło w atłasach i jedwabiach
Ferdynand Joseph książę von Dietrichstein miał wszystko, o czym mógł zamarzyć człowiek w XVII wieku: bogactwo, władzę, wykształcenie, całkiem niezłe zdrowie, przyjaźń cesarza i jego żon, wspaniały pałac w Mikulowie i oddaną małżonkę – Marię Elżbietę, która prawie co roku, jak w szwajcarskim zegarku, rodziła księciu Ferdynandowi kolejnego potomka. Jednak ogromny Schloss Mikulov częściej niż śmiechem dzieci rozbrzmiewał pieśniami pogrzebowymi, a do rodzinnej krypty w pobliskim kościele św. Anny trafiała kolejna mała trumienka…
Z dwudziestu(!) dzieci Ferdynanda i Marii Elżbiety sześcioro nie dożyło roku, pięcioro zmarło przed swoimi piątymi urodzinami, a troje kolejnym nie dożyło dziesięciu lat. Pozostało sześcioro potomków1, w tym Jakob Anton, który w przyszłości otrzyma od ojca w testamencie Wodzisław.
Po Ferdynandzie mikulovskie dobra przypadły najstarszemu synowi Leopoldowi Ignatzowi, którego jednak obie córki umarły w dzieciństwie. Następny dziedzic Mikulova – Walter Franz Xaver Anton (kolejny syn Ferdynanda) miał dziesięcioro dzieci – pochował pięcioro. Jego syn Karl Maksymilian miał jeszcze większego pecha: z jedenaściorga synów i córek dorosłości dożyła tylko trójka.
Rodzi się pytanie: dlaczego jedni z najmożniejszych i najbardziej utytułowanych ludzi Środkowej Europy nie potrafili utrzymać przy życiu własnego potomstwa? Co takiego było w murach ich ogromnego pałacu, że dzieci marły jak muchy? Odpowiedź okazuje się zaskakująca.
Sukienka Reimunda Josepha
W latach 2000-2005 zespół specjalistów pod kierownictwem doc. Evy Drozdowej (antropolog historyczny i paleoantropolog , docentka Wydziału Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Masaryka w Brnie) zbadał szczątki dwunastu osób z rodu Dietrichsteinów pochowanych w kościele św. Anny w Mikulovie. Wyniki badań zostały opublikowane w 2006 r.2 Poza osobami dorosłymi zostały przebadane również jedne kości małego dziecka – trzyletniego w chwili śmierci hrabiego Raimunda Josepha (1679-1682), jednego z licznych synów Ferdynanda Josepha.
Mały Dietrichstein zmarł w sierpniu 1682 roku na czerwonkę – w owym czasie śmiertelną chorobę, której epidemia odebrała zresztą życie również jego trzem starszym siostrom (Maria Charlotta miała niecałe pięć lat, Klaudia Felicitas osiem, a Małgorzata Maria piętnaście). Po ponad 320 latach badacze w trumnie chłopczyka odkryli doskonale zachowaną jedwabną sukienkę oraz resztki butów, które po konserwacji można obecnie oglądać w mikulovskim pałacu. Badania czaszki wykazały, że chłopczyk miał jeszcze niezasklepione ciemiączko, a stan jego kości określono na 1,5-2,5 roku, czyli rozwój dziecka był znacznie opóźniony (u zdrowych dzieci ciemiączko przednie zarasta pomiędzy 9 a 18 miesiącem życia). O chorowitości i niedorozwoju dziecka świadczyć również mogą przyczepione do jego rękawów długie szarfy3, które służyły do podtrzymywania malucha, gdy ten uczył się chodzić. Trzyletni chłopiec, który powinien już swobodnie biegać! Raimund Joseph cierpiał na anemię, miał obniżoną odporność i często chorował. Co ciekawe, również analiza szczątków jego dorosłych krewnych wykazała znaczny niedobór wapnia w kościach i niską odporność. Dietrichsteinowie cierpieli również często na krzywicę i gruźlicę.
Analiza antropologiczna wykazała niezbicie, że potomkowie jednego z najbogatszych rodów na Morawach w dzieciństwie źle się odżywiali, przyjmowali za mało mleka i mlecznych produktów a także spędzali za mało czasu na słońcu, co wspomaga produkcję witaminy D w organizmie, niezbędnej do prawidłowego gospodarowania wapniem w kościach4. Jak to jest w ogóle możliwe?
Dzieciństwo arystokratów
Przyjrzyjmy się zatem, jak wyglądało dzieciństwo arystokratów w XVII-XVIII wieku. Ani Maria Elżbieta von Dietrichstein, ani inne damy nie karmiły swoich dzieci piersią. Więcej, było to nie do pomyślenia, szlachcianka musiała jak najszybciej wrócić do formy i obowiązków towarzyskich, nadto oczekiwano od niej, że wkrótce znowu zajdzie w ciążę. Wyszukiwano więc odpowiednią mamkę, która musiała spełniać wiele warunków. Młoda, ale nie za młoda, z porządnej rodziny, pobożna, zdrowa, mężatka z własnymi zdrowymi dziećmi, o wesołym, pogodnym usposobieniu (wierzono, że dziecko swój przyszły charakter wysysa z mlekiem karmicielki), czysta, zaokrąglona, bez dziobów po ospie, blizn i defektów… Rzecz jasna, znalezienie takiej mamki wymagało czasu, tak, aby w „dniu zero” stała już u drzwi sypialni i od razu przejęła nowo narodzone dziecię. Oczywiście, jej własny mały ssak nie mógł być rówieśnikiem mlecznego braciszka lub siostrzyczki, przeważnie miał już kilka miesięcy. Tym samym szlachecki noworodek otrzymywał od razu „dojrzałe” mleko, a nie odżywczą siarę, którą organizm matki wydziela w pierwszych dniach życia dziecka. Siara zawiera dużą ilość pierwiastków śladowych, głównie cynku, a także białek wspomagających odporność. Jak wykazują badania, niedobór cynku powoduje zaburzenia wzrostu, większą podatność na choroby zakaźne, zwłaszcza biegunkę oraz negatywnie wpływa na rozwój umysłowy.
Mamka karmiła krótko, przeważnie pół roku, a później malutki arystokrata przechodził na mleko krowie oraz dietę zbożową, co powodowało kolejne niedobory ważnych pierwiastków. Dzieci dostawały papki z mąki i tartej bułki gotowanej w mleku oraz „zupki” z chleba wymieszanego z bulionem lub mlekiem. Warzywa i owoce sporadycznie (wszak to pokarm ubogich!). Z kolei dieta kilkulatków wzbogacała się o ogromne ilości mięsa – symbol luksusu i dobrego urodzenia – które w dorosłym wieku skutkowały nierzadko chorobami krążenia i podagrą. Do picia już małe dzieci dostawały wino i piwo5. Uff…
Maleństwo w powijakach
Kolejną torturą, tym razem już demokratycznie rozłożoną na wszystkie stany majątkowe, było dla niemowlęcia zawijanie w powijaki, czyli długie pasy płótna (w wersji arystokratycznej jedwabiu), które skutecznie krępowały dziecko i upodabniały do małej mumii. O ile w ubogich domach miało to swoje uzasadnienie – zabiegana matka nie miała czasu, ani możliwości zajmować się ciągle dzieckiem, to w pałacach, gdzie na każdego małego szlachcica czekał już własny „dwór” złożony z kilku-kilkunastu osób, było to działanie kompletnie bez sensu. Wierzono, ze powijaki zapobiegają krzywemu kręgosłupowi i sprawią, że dziecko zyska prostą, smukłą sylwetkę. Oczywiście, było wprost odwrotnie, do tego krępowanie dzieci skutkowało również ciągłymi podrażnieniami i chorobami skóry.
Malcy, którzy już zaczynali chodzić dostawali ochronny czepek na głowę6 (przypominał on dzisiejsze kaski), sznurówkę – rodzaj gorsetu, aby profilować sylwetkę7, a do pasa i na szyję wieszano im amulety – im bogatsze, bardziej wyczekiwane dziecko, tym więcej. Były to relikwie świętych(!), dzwoneczki, które swym dzwonieniem miały odganiać uroki, kawałki koralu (ich gryzienie miało ułatwiać ząbkowanie), maleńkie lusterka odbijające złe spojrzenia, gryzaczki z kości słoniowej i kryształu górskiego… Aż strach pomyśleć, ile niemowlaków zakrztusiło się takimi „ozdobami”…
Słońce? Absolutnie!
Wspaniałe pałace pozbawione były typowo „dziecięcych” stref, malcy nie mieli ich również na dworze. W przeciwieństwie do swoich rówieśników z niższych sfer, którzy boso i często w jednej koszulinie biegali całe dnie po dworze, arystokraci od maleńkości chronieni byli przed promieniami słonecznymi. Ich pierwsze lata przebiegały przeważnie w zamknięciu, przy zasłoniętych oknach, w dusznych pomieszczeniach. Wspaniałe ogrody mikulovskiego pałacu (oraz wszystkich innych) służyły do dostojnych spacerów, nie dzikich zabaw. Jeśli dziecko wychodziło na dwór, to całkowicie ubrane, w kapeluszu na głowie, butach na obcasach8, nierzadko z rękawiczkami na rączkach. Ówczesny obyczaj wymagał, by twarze i dłonie arystokratów były mlecznobiałe, więc przed słońcem chroniono nawet najmłodszych. W wieku XVIII dodatkowo w modzie było smarowanie twarzy i szyi dzieci bielidłami i pudrami, takimi samymi, jakich używali dorośli, a więc na bazie ołowiu. Ta „zbroja” skutecznie chroniła przed promieniami słonecznymi, a więc dodatkowo zubażała i tak już osłabione młode organizmy, pozbawiając je dobroczynnej witaminy D.
Tu już nie pomagały tony amuletów – z portretów rodzinnych Dietrichsteinów patrzą na nas wielkimi oczami istotki delikatne i anemiczne, można powiedzieć, skazane na zagładę. Tylko najsilniejsze organizmy miały szansę przeżyć i dojść do dorosłości. Potem zaś na mężczyzn czekały wojny, na kobiety porody i połogi. Nie każdy miał tyle szczęścia, jak Ferdynand Joseph i Maria Elżbieta, którzy dożyli 62 i 75 lat…
Kontynuując rodzinną passę, najmłodszy syn Ferdynanda Josepha – Jakob Anton doczekał się siedmiorga dzieci9, z których dorosłości dożyła co prawda aż czwórka, ale tylko dwóch synów –w tym znany nam doskonale Quidobald Joseph, późniejszy budowniczy wodzisławskiego pałacu. I on daremnie starał się przedłużyć ród: dwóch małych synków i córeczka - niemowlę powiększyło grono arystokratycznych, trupio bladych aniołków.
Autor: Kinga Kłosińska
Dział Kultury Regionu Muzeum w Wodzisławiu Śląskim
1. Z czego jedna córka umarła mając 15 lat
2. E. Drozdová, Dietrichsteinové z Mikulova. Výsledky antropologického výzkumu vybraných přislušniků rodu, Brno 2006
3. Z angielskiego zwane „tatas”, były powszechnie doszywane do strojów małych dzieci, według jednej z teorii miały również zapobiegać raczkowaniu, które uważano za zwierzęce(!); obcinano je gdy dziecko zaczynało swobodnie chodzić
4. Ibidem, str.170
5. A swoją drogą picie piwa, które musiało być przegotowane, było bezpieczniejsze od zwykłej wody!
6. Z niemieckiego „der Fallhut”
7. A. Drążkowska, Odzież dziecięca w Polsce w XVII i XVIII wieku, Toruń 2007, str.45, 66-67
8. Dopiero pod koniec XVIII wieku buty dziecięce zyskują płaski, wygodny obcas - A. Drążkowska, Op.cit., str. 167
9. Matką dwóch pierwszych córek była hrabina Maria Karolina von Wolfsthal, pozostałych Anna Franciszka von Starhemberg-Schaunberg


- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!