Dziękujemy, teraz zawsze będziesz na bieżąco!

Zapamiętany jako niezwykle sympatyczny, miły, uprzejmy, grzeczny… Równocześnie zdeterminowany i pechowy, chciał dosięgnąć niemożliwego – zostać szanowanym obywatelem w małym śląskim miasteczku w czasach narastającego nacjonalizmu i faszyzmu. Oto dzieje żydowskiego zegarmistrza i jubilera Abrahama Halperna.
Ta opowieść momentami biegnie bliźniaczo do historii Elli Steiner jest jednak zasadnicza różnica – znamy powojenne dzieje Abrahama, mamy jego grób i zdjęcie. Jednak ciężar losu pozostaje taki sam, to los ukształtowany „złym” pochodzeniem i wojną.
***
Ale zacznijmy od początku. Choć pierwsi Żydzi w Wodzisławiu pojawili się już prawdopodobnie w średniowieczu, ich prawdziwy napływ to początek XIX wieku. Już w 1855 nasze miasto opisywano jako „w znacznej części żydami obsiadłe1”, a pięć lat później kronikarz Henke podawał twarde dane: „…Dość ożywiony jest też obecnie handel zbożem, który znajduje się, jak w ogóle cały tutejszy handel, przeważnie w rękach żydowskich mieszkańców. Ich liczba wynosi teraz 431 dusz. Wśród 56 głów rodzin żydowskich jest 27 kupców i handlowców (chrześcijan tylko trzech), 7 rzemieślników i 8 szynkarzy. Z 205 domów mieszczańskich 40 znajduje się w rękach żydowskich.2” Równocześnie, wraz ze wzrostem żydowskiej populacji, rośnie opór chrześcijańskiej większości. W lokalnej prasie (głównie polskojęzycznej) pojawiają się pierwsze artykuły, które można nazwać otwarcie antysemickimi, gdzie żydowskich kupców i przedsiębiorców odmalowuje się w jak najgorszym świetle: „…Jak wiadomo, jest w Górnym Śląsku w miastach moc żydów, a najwięcej gdzie w okolicy miasta naród polski mieszka, ponieważ się polski naród najbardziej da oszukać. Tak też we Wodzisławiu mamy szóstą część żydów, którzy najwięcej handle prowadzą. Między nimi jedna część już pobankrociła, a teraz zaś na nowo handle założyli, a towary za każdą cenę sprzedają, a potem na mierze lub wadze szydzą. Do mnie samego przyszli ludzie już kilka razy, żeby im mierzyć łokciowy towar, a było zamiast 3 i pół miary 3-; za 10 było 9 za 20 było 17 miar. Tak też czynią z kawą i z cukrem. Za funt dają 450 gr. a kiedy głowa ma 25 funtów, to chybi 2 funt i t.d. (…)przecież te pijawki, które waszą krew cyckają, oni wam niby tanio przedawają, a drogo niby kupują, a dobrze jedzą i piją, we złocie, w jedwabiu chodzą, w pięknych wozach jeżdżą, w pięknych pomieszkaniach mieszkają, a katolicki kupiec, kiedy gdzie jest, to musi skromnie żyć, żeby nie popaść w gęby. A największa część naszego polskiego ludu tego nie pojmuje, a idą na oślep do żydka, choć wiedzą, że ich szydzi…3”. Albo: „…Wodzisław nie wielkie miasteczko, ale żydostwem obsiadłe, jak gdybyś patrzył na szarańczę, kiedy ci na polu siednie. Przyjdziesz na rynek, przypatrzysz się, nie ujrzysz tylko same żydowskie sklepy i szynki, gdzie spojrzysz, w każdym niemal progu, stoi żyd i wychyla swój krzywy nos, żeby chrześcijanina jakoś przywabić i z nim jakiś dobry interes zrobić, i przytem dobrze oszwabić. A ten lud tak głupi, że się da uwieść. Choć nie wiela, ale przecież mamy rzetelnych katolików kupców i szynki mają, a do nich tak mało idą ludzie. Katolicy nie bądźmy tak omamieni, nie dajcie się owej pladze żydowskiej bałamucić, widzieliście sami, coście mieli za zarobki przy budowaniu owej kolei żelaznej. Żydzi wszędzie swoje nosy powtykali, dobre interesa robili, a wyście im potem dopiero na ich fraki zarabiali.4”
Ta „mała wojna handlowa” trwa w najlepsze przez kolejne lata, ale prawdziwą zmianę przynoszą wydarzenia początku XX wieku: powstania i plebiscyt. Zwycięzcy Polacy raźno zabierają się do usuwania niewygodnych sąsiadów z miasta i okolic. Oficjalnie mówi się, że Żydzi jako proniemieccy nie chcą mieszkać w odrodzonej Polsce, ale nawet pobieżna analiza materiałów archiwalnych jasno wskazuje, że, przynajmniej w części przypadków, nie był to wyjazd dobrowolny. Oto, pozornie niewinne, ogłoszenie z 1921 roku: „Mam na sprzedaż we Wodzisławiu (…)pierwszorzędny dom konfekcji męskiej i dla dzieci. Interes ten jest na miejscu i całej okolicy bardzo poważany, ponieważ już 35 lat w tym miejscu istnieje jako jedyny skład tej branży. Z powodu intryg politycznych jestem gotów ten interes natychmiast tanio sprzedać lub zrobić zamianę z składem tej samej branży, najchętniej we Westfalji albo na Śląsku Średniem.5” - pisze Karl Spingarn, posiadacz okazałej kamienicy przy Rynku 31. W tym samym numerze, pojawiają się również ogłoszenia o sprzedaży „dobrze prosperujących” kawiarni Franza Willmanna i sklepu kolonialnego Maxa Perla. W tym samym roku Polacy otaczają miasto „groźąc tym Żydom, którzy się jeszcze nie wynieśli. Moje dzieci, mąż i ja ukryliśmy się w wagonie towarowym pomiędzy beczkami piwa. W ten sposób dojechaliśmy do Raciborza, niemieckiego w większości miasta. Tak wyglądał koniec naszego życia w Wodzisławiu, w mieście, do którego nie mieliśmy już nigdy wrócić6” – wspominała Helen Katz (1895-1990), córka browarnika i przedsiębiorcy Adolfa Katza. Kto nie wyjedzie sam, tego można „zachęcić” siłą, na przykład bombą domowej roboty - „Kilka dni temu nieznani sprawcy próbowali zastraszyć gorzelnię S. Lewy w Loslau, detonując amunicję górniczą na podwórku i wybijając wszystkie okna gorzelni. Wydaje się, że była to próba zastraszenia potencjalnych nabywców gorzelni.7”
Po 1922 roku w Wodzisławiu zostaje tylko jedna rodzina krawca Steinera, ale bynajmniej nie oznacza to końca walki z żydowskim handlem. Ostatecznie, wróg może powrócić w każdej chwili, na przykład, jako pomocnik fotografa! „…p. Matera, fotograf, pokazał miastu nowość, bo przyjął żyda pomocnika do swojego zakładu fotograficznego. Radzimy, ażeby nikt nie dał się fotografować przez żyda, bo na obrazku będzie wyglądał z długim nosem i pajesami. Panie Matera - gratulujemy. Jest to prowokacja chrześcijan-katolików i ewangelików. Zakład możemy poprzeć wówczas, gdy usunie się żyda. Czekamy, zaś policji miejskiej oddajemy sprawę, czy jest żyd zawodowem fotografem i wszelkie formalności.8” – alarmowało „Echo Odry”. Brutalna nagonka na pana Materę trwała kilka następnych numerów, ale odniosła skutek – fotograf zwolnił pomocnika. „... Zakład p. Matery obecnie polecamy, gdyż zastosował się do życzenia obywateli miasta.9"
Kilka lat później, 31 marca 1931 roku, prawie dochodzi do kolejnego zamachu bombowego, którego ofiarą miał paść świeżo otwarty sklep odzieżowy Żyda Józefa Chimowicza przy Rynku 28. Mimo, że sprawcy zostają złapani i i skazani10, opinia publiczna jest po ich stronie. „Dynamitem chcieli wykurzyć niewygodnego sobie izraelitę11” – to jeden z tytułów. Równocześnie trwa gorąca dyskusja nad tradycyjnymi wodzisławskimi jarmarkami, na które przyjeżdżają „podejrzani handlarze z Będzina, Sosnowca i Strumienia” (oczywiście wiadomo, jakiej narodowości) i sprzedają „tandetne towary” głupim wodzisławianom. Czy nie można byłoby ich zakazać?
W takiej właśnie atmosferze, w 1930 roku, przyjeżdża zegarmistrz Abraham Halpern i otwiera w Wodzisławiu skład zegarmistrzowsko-jubilerski. Konkurencję ma sporą, bo w tym samym czasie swoje zakłady w naszym mieście mają Ludwik Kurzydem (ul. Pośpiecha 2) i Ludwik Łukaszczyk (Rynek 23, ma również większy zakład w Rybniku). Obaj Polacy-katolicy, obaj należą do Przymusowego Cechu Zegarmistrzów, Złotników, Rytowników i Optyków (od 1 lutego 1926 obecność obowiązkowa). Zwinął natomiast swój interes Emil Basztoń (ul. Korfantego 1512), który w 1930 roku żeni się i przenosi do Rydułtów. Abraham będzie musiał postarać się, żeby się przebić, może nawet „wskoczył” w miejsce Basztonia?
Co mogło znaleźć się w sklepie Halperna? Rzut oka na przedwojenne zdjęcia naszych śląskich przodków pokazuje przede wszystkim obrączki i medaliki na cienkich łańcuszkach. Jeżeli pierścionek zaręczynowy to okrągły, lub owalny, ze sztucznym kamieniem, kolczyki małe i dyskretne, najczęściej tzw. „łezki”. Czasem mignie jakaś fantazyjna broszka, na przykład w kształcie ważki czy kwiatka. Sznur raczej sztucznych pereł lub naszyjnik z kości słoniowej (wtedy jeszcze legalnej). Do tego dochodzą eleganckie, często grawerowane papierośnice. Mężczyźni noszą zegarki „cebulki” na dewizkach w kieszeni marynarki. Od wielkiego dzwonu spinki do krawatów. Zegarki damskie pojawiają się rzadko, jeśli już, to maja formę zbliżoną do współczesnych. Do tego dochodzą wszelkiego rodzaju czasomierze stojące i wiszące, coraz modniejsze budziki oraz fantazyjne ramki do zdjęć, kryształy i sztućce. Zegary trzeba nakręcać, często się psują, łańcuszki zrywają, zapięcia niszczą… Masa precyzyjnej roboty!
Ale kim był sam Abraham i skąd się w Wodzisławiu wziął? Urodził się 11 lipca 1905 roku w Łańcucie, jako trzecie i najmłodsze dziecko Mojżesza i Debory z/d Muehlrad. Rodzina musiała być zamożna, bo stać ich było na stałą służącą oraz dobrą edukację dzieci. Dzięki książce wspomnieniowej „Łańcut; Życie i zagłada Społeczności Żydowskiej13” wiemy, że Mojżesz był sekretarzem gminy, a w jego ogrodzie bawiły się dzieci z żydowskiego przedszkola, najstarsza Chaja działała w Hashomer Hatzayir14,chłopcy zaś grali w amatorskim żydowskim teatrze, dodatkowo Abraham udzielał się w młodzieżowej orkiestrze „Hazamir”. Markus uzyskał średnie wykształcenie jako technik dentystyczny w Warszawie, młodszy Abraham uczył się na zegarmistrza w Katowicach. Po zdaniu przez Abrahama egzaminów mistrzowskich, bracia zadecydowali, by ruszyć na południe kraju. Byli młodzi (27 i 25 lat) i zapewne bardzo ze sobą związani.
Pierwsza wzmianka o braciach Halpern w Wodzisławiu pochodzi z wiosny 1930 roku i dotyczy zgubionej przez Markusa książeczki wojskowej (ogłoszenie znalazło się w „Tygodniku Powiatowym na Powiat Rybnicki”). Wkrótce jednak to młodszy Abraham stanie się prawdziwą „gwiazdą” lokalnej prasy i to niekoniecznie w dobrym znaczeniu. Markus zajmie się reparacją zębów górników z kopalni „Emma15”, jeszcze przed wojną ochrzci się i ożeni z radlinianką. Będzie już wtedy podpisywał się Marek…
Z dnia 23 maja 1931 roku pochodzi pierwszy artykuł o Abrahamie, z której wynika, że po prawie roku pobytu w Wodzisławiu zyskał już zarówno przyjaciół jak i utytułowanych wrogów: „…Niepewność w Wodzisławiu16 stale rośnie. Niedawno Halpern, mieszkaniec Wodzisławia i obywatel polski, grał w karty z dwoma znajomymi mężczyznami w kawiarni na Rynku. Około 22:00 nagle pojawił się powstaniec August Fulek17, który pracuje w Państwowej Fabryce Cygar w Wodzisławiu i zaatakował jednego z mężczyzn z towarzystwa pana Halperna, mówiąc: ‘to pan ze żydem gra’. Kiedy mężczyzna odpowiedział, że nie obchodzi go, z kim gra, Fulek zagroził Halpernowi i opuścił kawiarnię. Chwilę później, gdy Halpern wyszedł z kawiarni w towarzystwie dwóch mężczyzn, Fulek, który ukrywał się w drzwiach, uderzył go w twarz, powalił na ziemię i zaatakował. Pomimo wielokrotnych okrzyków ‘Policja, policja’, policja nie przyjechała. Warto też zaznaczyć, że Fulek jakiś czas temu napadł w Katowicach na kupca Großa, za co został skazany na trzy miesiące więzienia. G. odstąpił jednak od wyroku dla Fulka, a raczej wycofał zarzuty, po tym, jak Fulek poprosił go o wybaczenie.18”
Pomimo wezwań, policja nie przyjechała… Taka sytuacja będzie się powtarzać. W starciu śląski bohater – Żyd zawsze ten drugi będzie na straconej pozycji.
W 1932 roku Abraham Halpern przenosi swój zakład w bardziej prestiżowe miejsce, vis -a- vis sklepu Łukaszczyka, o czym informuje: „Zawiadamiam Szanown - klijentelę, że sklep mój zegarmistrzowsko-jubilerski oraz warsztat reparacyjny znajduje się obecnie w domu p. Maksa Chruszcza przy Rynku, obok apteki. Przyjmuję wszelką reparację, wchodząca w zakres robót zegarmistrzowskich i złotniczych. Wykonuję szybko i solidnie po cenach przystępnych. ‘Czas’ zegarmistrz i złotnik A. Halpern. – Wodzisław, Rynek.19”. Zanim do przenosin dojdzie, biednego Abrahama czeka kolejne lanie, tym razem z najmniej spodziewanej strony: „…Wygląda na to, że katowickiemu złotnikowi Ebelowi20 nie do końca ułożyło się w głowie! Pan Ebel, mniej lub bardziej utalentowany złotnik, prowadzi swoją pracownię przy ulicy Andrzeja 13 w Katowicach. Całe jego utrzymanie opiera się na wsparciu lokalnych jubilerów, którzy zlecają mu prace złotnicze. Do niedawna wśród jego klientów był znany i niezwykle sympatyczny jubiler Halpern z Wodzisławia. Jednak Ebel prawdopodobnie stracił go bezpowrotnie, po tym, jak osobiście udowodnił, ze znane przysłowie ‘Niewdzięczność jest nagrodą świata’ jest aż nazbyt prawdziwe. Fakty w skrócie przedstawiają się następująco: Około miesiąca temu pan Halpern dostarczył kilka gramów złota utalentowanemu złotnikowi Ebelowi z przeznaczeniem na wykonanie pierścionków zaręczynowych. Co dziwne, Ebel strasznie przeciągał dostawę, a cierpliwość pana Halperna została wystawiona na ciężką próbę. A kiedy rozczarowany jubiler pojawił się ostatnio w warsztacie złotnika, dość zdenerwowany, zamierzając porzucić projekt i kategorycznie żądając zwrotu złota, Ebel ryknął na zdumionego pana Halperna: ‘Czego chcesz? Z powrotem swoje złoto? Hahaha! Z wami, polskimi Żydami, nie da się pracować!!’ Tego typu ‘dobre maniery w każdej sytuacji’ to z pewnością podejście, które przyjął ów Ebel, który sam był Żydem i swoim gniewnym wyciem wprowadził cały dom w stan wywrotowej ekstazy, tak, że gospodarz musiał interweniować, całkowicie rzeczowo oferując mu możliwość wyrzucenia go wraz z jego bardzo podejrzanym warsztatem. Pan Halpern, zdając sobie sprawę z całego planu, jaki Ebel przygotował w sprawie złota, opuścił warsztat, aby załatwić sprawę gdzie indziej i w inny sposób. To rozgniewało komicznego złotnika, który pobiegł za panem Halpernem na ulicę, by ponownie go obrzucić obelgami. Doszło do prawdziwej bójki, z której pan Halpern wyszedł z podbitym okiem, podczas gdy Ebel był wyraźnie słabszy. Ostatecznym rezultatem tego drobnego incydentu jest przede wszystkim złożenie zawiadomienia o przestępstwie defraudacji przeciwko wojowniczemu Ebelowi! Co więcej, pan Halpern zamierza poruszyć tę sprawę na kolejnym spotkaniu ‘Stowarzyszenia Jubilerów’, co raczej nie poszerzy dotychczasowej klienteli Ebela!21”
A co w Wodzisławiu? Może tu jest spokojniej? Marzenie ściętej głowy! Na kwietniowym jarmarku dochodzi do starć pomiędzy endeckimi bojówkami, a kupcami żydowskimi Judą Rozembergiem i Boruchem Kugielem którzy przyjechali na targ z Sosnowca. „…O tym, że cały atak został zaplanowany i skierowany przeciwko konkretnej części uczestników targu, mianowicie żydowskim kupcom, świadczy już sam fakt, że cała grupa (polskich prowokatorów – K.K.) była umiejętnie rozlokowana i działała jakby na rozkaz przeciwko wspomnianym straganom. Nie myli się , zakładając, że za całą sprawą stoją pewne osoby, które mają osobisty interes w uniemożliwieniu wstępna targ osobom z zewnątrz, zwłaszcza żydowskim kupcom. (…) Jak się dowiedzieliśmy, w ciągu ostatnich dwóch dni aresztowano trzy osoby podejrzane o udział w zamieszkach.22”
Potem jest już tylko gorzej. W 1934 roku „nieznani sprawcy” kilkakrotnie, pod osłoną nocy smarują smołą witryny żydowskich sklepów. Równocześnie spór pomiędzy „naszymi”, a „obcymi” kupcami wchodzi w taką fazę, że musi interweniować delegacja żydowska z Rybnika, w skład której wchodzą rabin dr Kohlberg i Moniek Rosenberg. W tym samym czasie dochodzi do włamania w zakładzie Abrahama Halperna. I, jak się okazuje, dostajemy dwie wersje, sporo się różniące, tego zdarzenia. Oto opis polski: „Nieuchwytny amator zegarków. W dniu 18 b.m. jakiś nieznany osobnik wybił kamieniem owiniętym w szmatę szybę okna wystawowego w składzie zegarmistrzowskim Abrahama Halperna w Wodzisławiu i skradł z wystawy 8 różnych zegarków i 3 złote naszyjniki z wisiorkami. Ogólna wartość skradzionych przedmiotów wynosi około 600 zł. Sprawca, korzystając z ciemności nocnych, zbiegł w niewiadomym kierunku. Zachodzi podejrzenie, że dokonana ostatnio kradzież u zegarmistrza Rozmarynowskiego w Rybniku, jest dziełem tego samego sprawcy.23”. A teraz opis z prasy żydowskiej, więc pochodzący, najpewniej, od samego poszkodowanego: „Włamanie i jego konsekwencje. W sklepie zegarmistrza Halperna nieznani sprawcy wybili witrynę i ukradli biżuterię o wartości około 1000 złotych. Pan Halpern zgłosił incydent policji w Wodzisławiu. Kilka godzin później komendant policji pojawił się w domu pana Halperna i, ku zaskoczeniu wszystkich, sporządził protokół, w którym obraził pana Halperna, nazywając go ‘żydkiem’. Po sporządzeniu protokołu pan Halpern złożył skargę do Komendy Głównej Policji w Rybniku, wyjaśniając zniewagę i odrzucenie protokołu w sprawie włamania. „Związek Drobnych Kupców” (lokalne Stowarzyszenie) również interweniował w tej sprawie w Komendzie Głównej Policji w Rybniku, gdzie obiecano szybkie rozwiązanie sprawy. Należy zaznaczyć, że pan Halpern nie jest ubezpieczony od kradzieży ani pożaru.24”. I po raz kolejny wodzisławska policja zamiast pomóc poszkodowanemu, obraża i sympatyzuje ze sprawcą, który, nota bene, nigdy nie zostaje ujęty….
Rok 1935 upłynął pod znakiem kamieni i smoły. „Nieznani sprawcy”, często w środku dnia kilkakrotnie wybijają witryny, smarują drzwi i okna sklepu Abrahama. Przy okazji poznajemy również nazwiska dwóch innych, efemerycznych, kupców żydowskich, którzy pechowo chcieli handlować w Wodzisławiu - Mojżesza Lewkowicza i Majera Perzutera. Co na to władze miejskie? Czy szukają i karzą wandali? Bardzo wymowny tekst znajdujemy w „Katoliku” z tego samego roku: „Wodzisławianie poradzili sobie z żydami. Miasto Wodzisław liczy sobie zaledwie trzy rodziny żydowskie, choć było tam na początku roku 30 rodzin25 starozakonnych. Wynika z tego, że wodzisławianie umieli sobie poradzić i szybko pozbyli się tego niepewnego i szkodliwego elementu. Dużo zasługi ma w tem magistrat z burmistrzem Bluszczem na czele26.”
Rodzi się pytanie – dlaczego Abraham wytrzymywał to wszystko? Czy sklepik jubilerski w małym i tak wrogim miasteczku był naprawdę opłacalnym zajęciem? Bliskość brata w sąsiednim Radlinie pomagała? A może, nasz pechowy zegarmistrz, na co dzień stykał się jednak z życzliwością i zrozumieniem? Miał przyjaciół, takich których „nie obchodziło z kim grają”? Takich, którzy pomagali sprzątać szkło z potłuczonych okien, razem z Halpernem czyścili obraźliwe napisy ze ścian, pomagali wstawiać nowe szyby i dawali nadzieję, że całe to szaleństwo przeminie? Że jednak będzie lepiej? Zresztą, również w innych śląskich miastach – Rybniku, Pszczynie, Katowicach, także dochodziło do antysemickich wystąpień, przemocy i siłowego „odżydzania”. Zaś całkiem niedaleko, za zachodnią granicą, gromadziły się już chmury apokalipsy, które miały niedługo zmieść takie osoby jak Abraham, Mojżesz, Juda…
W marcu 1937 roku odbywa się w Wodzisławiu pierwszy „jarmark chrześcijański”, gdzie wstęp mają tylko polscy sprzedawcy: „…Na jarmark przybyli bardzo licznie kupcy i handlarze ze wszystkich stron Śląska. Nad głównymi ulicami miasta rozwieszono reklamowe napisy na płótnie treści: ‘Swój do swego – po swoje’, ‘Kupuj towary krajowe’ i inne. Udział ludności w jarmarku był wielki, snać zainteresowanie było niemniej wielkie we wszystkich warstwach naszego społeczeństwa. Jarmark sam miał inny charakter od jarmarków dawniejszych. Nie było brudnych, pejsatych żydów, ani też żydowskiego szwargocenia...27”. Tak więc sukces. Równocześnie wspomina się i taki „niewinny incydencik” - „…Jeden z miejscowych kupców-żydów otworzył swój skład na oścież, lecz grupa młodych ludzi broniła wejścia do tego składu.28”. Ponieważ cała ta impreza odbywała się na rynku, możemy przyjąć, że otwartym sklepem był skład Halperna. Emigracyjny „Narodowiec” dorzuca do opisu owego jarmarku jeszcze pewien smaczek (niekoniecznie prawdziwy!) o bohaterze niniejszej opowieści: „…Żydów mamy w mieście jeszcze dwóch (…)i żyda Halperna, który rzekomo zmienia polskie służące nota bene młode b. często.29” Pomyślelibyście?...
W kolejnym roku, uchwałą Rady Miasta, wezwano Rybnicką Gminę Żydowską do rozebrania wodzisławskiej synagogi, która od lat stała nieużywana. Za śmiesznie niską kwotę 7000 złotych budynek kupuje Stadion Powstańca (jednym z założycieli jest wspomniany już Augustyn Fulek, co dużo świadczy o nastrojach politycznych całej grupy) i brutalne przerabia na nowy obiekt. Równocześnie, z sukcesami, wzorem Wodzisławia odżydzane są Rydułtowy („…Dotychczas prawie 50 proc. żydów opuściło już swe placówki.30”), a rydułtowianin, niejaki Jankiel Gerszonowicz, dostaje trzy miesiące aresztu za to że „…w czasie bojkotu antyżydowskiego na targu w Rydułtowach oskarżony odezwał się obraźliwie pod adresem Polaków.31”
Abraham Halpern jest niewątpliwą ciemną plamą na wizerunku wodzisławskich endeków. A skoro nie pomogło bicie, brudne plotki, kamienie i blokady sklepu, dochodzi jeszcze kłamstwo. I to kłamstwo perfidne, bo rzucone mimochodem, aby rosło i rozwijało się samo. Oto dwa poczytne periodyki „Polonia” i „Siedem groszy” w marcu 1938 roku zamieszczają ten sam tekst: „Za pobicie policjanta. Na ławie oskarżonych sądu w Rybniku zasiadł uchodzący za zwolennika ruchu komunistycznego, Antoni Polek z Wodzisławia w pow. rybnickim, oskarżony o ciężkie pobicie wywiadowcy policji z Wodzisławia, Sławika. Swego czasu Polek z znanym na terenie Wodzisławia komunistą Halpernem, wskutek doniesienia przez Sławika odpowiadał za propagandę komunistyczną. W wyniku procesu Halpern został skazany, natomiast Polka sąd uniewinnił. Polek z zemsty pobił ciężko Sławika…32”. Abraham, świadom tego, jak ciężkie jest pomówienie o komunistyczne sympatie, natychmiast pisze do obu gazet z prośbą o sprostowanie. Zostaje ono wydrukowane bez problemów: „Sprostowanie. W związku z naszą wiadomością p.t. ’Za pobicie policjanta’ prosi nas p. A. Halpern z Wodzisławia ( Wałowa 41) na podstawie ustawy prasowej o umieszczenie nast. sprostowania: 1. Nieprawdą jest, że odpowiadałem kiedykolwiek przed sądem za propagandę komunistyczną. 2.Nieprawdą jest również, ze miałem proces o działalność komunistyczną. 3. Nieprawdą jest, że w związku z działalnością komunistyczną, zostałem przez sąd skazany. 1. Prawdą jest natomiast, że nie odpowiadałem nigdy przed sądem za propagandę komunistyczną. 2. Prawdą jest, że nie miałem nigdy procesu o działalność komunistyczną. 3. Prawdą jest, że nigdy nie zostałem przez sąd skazany w związku z działalnością komunistyczną.33”. Niestety, jest już za późno, kłamstwo poszło i zatacza coraz szersze kręgi. Już wcześniej musiało być źle, bo zakład Halperna po cichu zmienił adres na mało prestiżową (wtedy) ulicę Wałową i skromny, parterowy budynek. Teraz, oskarżony o popieranie bolszewików i proces sądowy, traci ostatnich klientów. Przegrał. Wiosną lub latem 1938 roku 33-letni Abraham wyprowadza się z Wodzisławia i w poczuciu klęski rusza w nieznanym kierunku. Miasto śpi spokojnie, nawet nie wie, jaka wielką stratę poniosło. Może nie w sensie fizycznym, ale na pewno w moralnym… Wygrała zło. Ponownie.
Wybuch wojny zastaje naszego pechowego zegarmistrza w Krakowie, skąd już na początku listopada ewakuuje się do Lwowa, wówczas pod okupacją radziecką. Przemyślana, czy też nie, decyzja o ucieczce ratuje Abrahamowi życie. Jeszcze nim Lwów zmieni barwy flag, w 1940 roku, zostaje wysiedlony do Jakucji, tysiące kilometrów na wschód. Jeżeli w plotce o komunistycznych ciągotach Halperna było choć trochę prawdy, to zesłanie na Syberię boleśnie zweryfikowało jego poglądy. Cztery lata później, w 1944 roku, udało mu się dostać (przenieść?) do Saratowa, skąd rok po zakończeniu wojny wrócił do Polski. 24 czerwca 1946 roku Halpern wypełnia kartę rejestracyjną Centralnego Komitetu Żydów Polskich34, z której dowiadujemy się, że obecnie mieszka w Gliwicach (ul. Dworska 13) i nie pracuje. Jako żyjących krewnych wpisuje jedynie brata Marka w Rybniku.
W powojennej rzeczywistości brakuje rąk do pracy, zwłaszcza specjalistów. Już 11 września tego samego roku Abraham Halpern zostaje szefem katowickiego Zakładu Jubilersko-Zegarmistrzowskiego „Jasnota” przy najbardziej prestiżowej ulicy 3 Maja 13. Właścicielem „Jasnoty” jest co najmniej do 1949 roku. Później znika całkowicie z polskich rejestrów, wyjeżdża. Decyzja o emigracji do Izraela zapewne podyktowana jest tym, że ma tam kuzynów – Natana Kudzisza35 i Natana Halperna, którzy chyba jeszcze przed wojną wyjechali z Łomży do Palestyny.
Czy po ciężkich latach w Polsce i wojennej tułaczce, ostatnia część życia Abrahama Halperna upłynęła szczęśliwie? Tego nie wiemy. Zmarł 3 cheszwan 5738 czyli 15 października 1977, w pięknym wieku 72 lat. Jego grób do dziś znajduje się na cmentarzu w Herzcliji.
****
I jeszcze na koniec fragment artykułu pt. „Budujemy z bronią u nogi” z lipca 1939 roku: „... Kiedyśmy w 1938 r. w czasie Marszu nad Odrę oglądali to miejsce (Wodzisław – K.K.), stała tu stara żydowska bożnica, waląca się niemal. Ziemia była zasłana kawałkami butwiejących belek, wietrzejącego tynku, gnijącej papy i zardzewiałej blachy. Ostrożnie trzeba było stąpać aby nie wlecieć w jakąś ukrytą dziurę. Trudno sobie wyobrazić bardziej zapuszczoną ruderę. Dziś stoi tu Dom Powstańca. Miejsce żydowskiej rudery zajęła stanica polskości. Dowód to nielada wysiłku i głębokich wartości, tkwiących w polskiej duszy. Nic więc dziwnego, że cały Wodzisław - więcej! cała ziemia rybnicka w uroczystości poświęcenia wzięła udział.36”
Miesiąc później wybuchła wojna.
Przypisy:
1 „Czas”, 1855 r.
2 F.I.Henke, „Kronika czyli opis topograficzno – historyczno – statystyczny miasta i wolnego mniejszego państwa stanowego Wodzisław na Górnym Śląsku”, tłumaczenie R. Miłek, Wodzisław Śląski 2003, str.117.
3 „Katolik”, nr.67, 1882 r.
4 „Katolik”, nr.1, 1883 r.
5 „Gazeta Robotnicza”, 1921 r.
6 Wspomnienia H. Katz w opracowaniu Nancy Korn, własność Muzeum w Wodzisławiu Śląskim
7 „Der Oberschlesische Wanderer”, nr.78, 1922 r.
8 “Echo Odry”, nr 3, 1925 r.
9 “Echo Odry”, nr 6, 1925 r.
10 Główny prowodyr Jan Marek na półtora roku ciężkiego więzienia, jego pomocnicy Smołka, Tkocz i Sławiński na pół roku
11 „Polska Zachodnia” nr.143, 1931 r.
12 Obecnie ul. Ks. Konstancji
13„לנקוט; החיים וההרס של קהילה יהודי” , Tel Aviv, 1963
14 Dosłownie „Młody Strażnik” - międzynarodowa żydowska organizacja młodzieżowa
15 Obecnie KWK „Marcel”
16 Oryginalny tekst jest po niemiecku, a miasto podpisane jako Loslau
17 Augustyn Fulek (1891-?) zasłużony powstaniec śląski, członek Zw. Powstańców Śląskich, odznaczony Krzyżem Niepodległości, jeden z założycieli Stadjonu Powstańców Śląskich w Wodzisławiu (1935 rok)
18 „Kattowitzer Zeitung”, nr.118, 1931 r.
19 „Górnoślązak”, nr. 286, 1932 r.
20 Alfred Ebel był w 1935 roku oskarżony o bycie w zmowie z zorganizowaną grupą przestępczą
21 „Wolne Słowo, Das Freie Wort”, nr.39, 1932 r.
22 „Kattowitzer Zeitung”, nr.82, 1932 r.
23 „Polonia”, nr.3391, 1934 r.
24 „Jüdische Wochenpost”, 1934 r.
25 Zapewne celowe wyolbrzymienie autora tekstu, 30 rodzin mogło być ostatnio w 1922 roku
26 „Katolik”, 1935 r.
27 „Wieś Śląska”, 1937 r.
28 Ibidem
29 „Narodowiec”, nr.24, 1937 r.
30 „Polska Zachodnia”, nr.63, 1938 r.
31 „Polska Zachodnia”, nr.125, 1938 r.
32 „Siedem groszy”, nr.76, 1938 r.
33 „Polonia”, nr.4824, 1938 r.
34 Nr. 4474. Rok wcześniej identyczną kartę – nr. 1351 – wypełnił jego brat Marek
35 Będzie jednym z autorów wspomnianej już książki „Łańcut; Życie i zagłada…”
36 „Powstaniec”, 1939 r.